Tak jak się spodziewałem, WFF już pierwszego dnia dostarczył argumentów na poparcie tego obrzydliwego seansu nienawiści, który urządziłem chwilę temu polskiemu kinu.
Czy "Nowy Świat" to film dobry? Tak. Ale nie, nie jest rozrywkowy, nie jest "gatunkowy", nie schlebia publice. Nie gonią się w nim, nie biją, nie nadużywają broni palnej, prawie nie klną. Ba, w jednej scenie, w której nagość głównej bohaterki byłaby całkiem uzasadniona (nie to, o czym myślicie), i w polskim filmie z pewnością sfilmowano by ją bardzo wnikliwie, prowadzona przez holendersko-liberalno-europejsko-eutanazyjno-narkotykowego reżysera kamera się wycofuje.
A jednak, mimo braku broni, seksu i przemocy w tym filmie naprawdę dużo się dzieje. Klasę poznajemy już po pierwszej scenie, kiedy bohaterka pakuje w aluminiową folię kanapki i telefon komórkowy. Potem jest coraz lepiej. Ta nonszalancja z jaką syka na małych murzynków-azylantów, którzy ośmielą się wleźć na na wymytą podłogę. Albo jak się panoszy, każąc im podnosić nogi i umożliwić konserwację powierzchni płaskiej. Nie czujemy się fałszu, kiedy obserwujemy zabawy tkniętych znieczulicą nadzorców i Shadenfreude, którą sami imigranci przeżywają, kiedy towarzyszom niedoli nie udaje się przejść przez selekcyjne sito.
Jaap van Heusden nie marnuje scen, nie ma tu ujęcia, które nie mówi czegoś o bohaterach, nie popycha akcji, nie uwodzi smaczkiem. A postacie są wyśmienite. I główna bohaterka, kobieta po przejściach, która pozwala sobie pomyśleć o przyszłości i jej kapryśny, zbuntowany synek, którego bardzo łatwo przekupić prezentem. Uwielbiam niewymuszoną dziewięcioletnią naturalność, kiedy Ari robi matce wykład o samolotach, albo kiedy udaje roztargnienie speszony jej nagłym wyznaniem. Takie są dzieci.
Wreszcie Luc z Afryki Zachodniej, którego trochę się bałem, myślałem, że będzie rozgadanym szajbusem przełamującym lody na siłę, niczym gadający osioł ze Shreka. Szczęśliwie pomyliłem się. Bohaterka otrzymuje dwóch żywych męskich partnerów, z którymi może prowadzić swoją grę o powrót do świata uczuć.
Bardzo lubię takie filmy, bardzo lubię podglądać w kinie kobiety w tych chwilach, kiedy zdaje im się, że nie patrzy mężczyzna. Obserwowanie jak w bohaterce powoli rodzi się uczucie, jak zaczyna się starać, jak sama powoli przyznaje się do tego, co się z nią dzieje i próbuje pomóc losowi, to prawdziwa kinowa uczta.
Serdecznie zapraszam, będą jeszcze dwie okazje, żeby ten film zobaczyć.
Daliśmy mu po czwórce :)
Komórka zapakowana w folię alumioniową? ;) Przekonało mnie to! Jakoś umknął mej uwadze ten film. Może jeszcze uda mi się na niego załapać. Dzięki za recenzję!
OdpowiedzUsuńPolecam się :). Starałem się nie spoilować za bardzo, bo dalej jest jeszcze ciekawiej. Coraz bardziej żałuję, że nie dałem temu filmowi maksymalnej oceny.
OdpowiedzUsuń