niedziela, 13 października 2013

Jak nigdy dotąd

Siadając na widowni oglądamy nie tylko bohaterów filmu. Oglądamy także siebie i czekamy na nieuchronną śmierć. Bez patosu. Bez cudownego ozdrowienia. Bez happy endu.


Festiwal przyzwyczaił nas, że czeskie kino to nie tylko filmy łatwe i przyjemne jak: Na złamanie karkuRok diabła czy Czwórca święta ale i obrazy o rzeczach ważnych, a czasem trudnych: ŻelaryZwiązaniAlois Nebel

W Jak nigdy dotąd obserwujemy ostatnie dni życia chorego na raka malarza. Ostatni spacer po okolicy, ostatni szkic krajobrazu, ostatnie spotkanie z dawno nie widzianym synem. Towarzyszą mu dwie kobiety: obecna, sporo młodsza Karla (także malarka) i była kochanka, starsza Jaruszka (pielęgniarka).
Wszyscy (łącznie z widzami) czekają na śmierć. Dla bohaterów będzie końcem, ale i wyzwoleniem, być może i nowym początkiem.
Nie ma tu moralizatorstwa, jest za to monotonia opieki nad umierającym człowiekiem. Jest także jego niechęć do szpitala, złość na bliskich oraz prośba o brak pogrzebu. Pojawia się też ksiądz, który jest jednocześnie dyplomowanym terapeutą, ale zostaje odprawiony z kwitkiem.
Muzyka poważna i elektroniczna na zmianę, potęgują ponury nastrój. Właściwie ta muzyka nawet zastępuje dialogi. Tak sobie myślę, że właściwie dialogów mogłoby tu nie być.

Film dobry, ale cieszyłem się, że już się skończył. Braw nie było. Wszyscy opuścili salę w ciszy. Czy tak wygląda śmierć?

ocena: dobry
zdjęcie pochodzi ze strony filmu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz