“Ani jesień, ani wiosna” uwodzi i wciąga, uwodzenie i wciąganie to jego cel podstawowy. Bohaterowie są młodzi i ładni, postacie wyraziste, ich perypetie poprowadzone całkiem pomysłowo, wątki odpowiednio pieprzne, żeby wewnętrzny podglądacz nie pozwolił widzom oderwać się od ekranu, akcja wartka i kunsztownie zmontowana.
Właśnie, jeśli ten montaż zrobi na Was wrażenie czegoś znajomego, to spieszę przyznać, że macie rację. Opowiadanie kilku historii na raz, na zmianę i to od d. strony wymyślił podobno Tarantino, ale sztukę tę rozwinął, doprowadził do perfekcji i uczynił z niej swój znak filmowy Alejandro Gonzalez Inarritu .
Inarritu ma swoich zagorzałych fanów i nikczemnych wrogów, którzy nazywają go filmowym Coelho. Ja muszę się przyznać, jestem fanem, mam słabość do tych latynoskich układanek w których bohater wybija sobie zęby na podłodze krzywo położonej przez fliziarza porzuconego przez piękną panią technik-protetyk i w finale trafia na jej fotel. Świetnie mi się oglądało “Kochane psy”, “21 gram” i “Babel” i cieszę się, że kiedy Meksykaninowi skończyła się planeta, by dalej rozbudowywać swoje historie, Ivan Manzano podjął porzuconą konwencję.
Manzano swoich inspiracji z wigorem się wypiera (sam pytałem, dali mikrofon), choć jest to równie zabawne jak kiedy Igor Mitoraj wypierający się inspiracji rzeźbą klasyczną. Nie da się ukryć, zrzynasz kolego, więc ja, jako się rzekło, bawiłem się znowu dobrze.
Przyznam, wielu widzów może być rozczarowanych i w filmie na niejedno można ponarzekać. A to niektóre historie, np. pani umierająca, są sztuczne i przekombinowane, a to portrety postaci dalekie są od tej odpychająco-fascynującej mocy jaką mają bohaterowie Inarritu, zakończenie jest słodkie i kochane. No dobra, jestem nieobiektywny, ale mexican way można mi opowiadać nawet bajkę o Królewnie Śnieżce i będzie mi się podobać. Szczególnie, kiedy w tle puszczają punka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz