Ten film to był pewniak, seanse zostały błyskawicznie wyprzedane.
Jest współczesna europejską komedią obyczajową - więc widzowie liczyli pewnie na to, że spotkają na ekranie karykatury samych siebie. Rozczarowania nie sprawia, ale jednak pozostawia niedosyt.
Tak w ogóle to Love Building ma wszystko co trzeba. Obóz terapeutyczny dla związków zagrożonych rozpadem. Kilkanaście trochę groteskowo przerysowanych par prezentujących typowe bolączki współczesnoeuropejskich związków. On dominuje, ona dominuje, on zdradza, ona zdradza, kłócą się w domu, w łóżku, u teściowej. Do tego trzech niewydarzonych terapeutów, którzy sami potrzebują pomocy psychologa i apodyktyczna pani manager, trzęsąca całym biznesem.
Z takich składników komediową zupę można ugotować bez większych trudności (oczywiście poza Polską, u nas z pewnością powstałby z tego kolejny, niesmaczny “Wyjazd integracyjny”), więc zupa się udaje. Małżonkowie i konkubenci okładają się złośliwościami i od czasu do czasu pięściami, terapeuci więcej czasu poświęcają swoim problemom, niż podopiecznym, pani manager cały czas obmyśla sideprojecty zwiększające “return on investment” jeszcze bardziej potęgując rozgardiasz. Obserwacje celne, dialogi błyskotliwe, aktorzy rozśmieszają umiejętnie. I nawet jakiś w miarę optymistyczny i krzepiący morał się znajduje.
A jednak chce mi się trochę ponarzekać, bo choć śmialiśmy się często, to jednak przepona przetrwała seans niezagrożona urazem. Bo wiele udanych i obiecujących wątków filmowcy porzucili, nie opowiedzieli do końca historii kilku całkiem malowniczych par. Bo niektóre postacie przerysowane są za mocno, choćby drewniana businesswoman. Wreszcie dlatego, że film przeładowany jest irytującym “lokowaniem produktów”, które chwilami wydają się wypychać z kadru samych aktorów. Ciekaw jestem niezmiernie, czy rzeczywiście jabłczane komputery, telefony i tablety są w Rumunii tak popularne, jak na tym wyjeździe integracyjnym dla związków międzyludzkich.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz