Głównego bohatera tej opowieści trudno lubić. To Jamie, zepsuty, irytujący, egoistyczny młodzian z USA, który przybył do Ameryki Południowej odurzyć się tutejszymi produktami. Po to i tylko po to. Nic go nie interesuje, nie dostrzega konsekwencji swoich działań, chwila rozmowy z drugim człowiekiem nawet takim, który może mu pomóc w zdobyciu upragnionego halucynogennego kaktusa to dla niego strata czasu. Prze do narkotyku niczym filmowy zombie do świeżego mięsa z równym uporem i równą bezmyślnością, pchany nawet nie nałogiem lecz oślim uporem rozpuszczonego dzieciaka. Konfrontując tego bohatera z Kryształową Wróżką, egzaltowaną, naiwną hipiską gotową kochać i ratować cały świat, twórcy filmu znaleźli proste i naprawdę udane źródło dowcipów, które eksploatują umiejętnie unikając znużenia widza.
Miło oglądać film, na którym dzieje się tak niewiele i tak wiele zarazem. Akcja jest prosta do bólu. W końcu to tylko piątka studenciaków próbuje kupić trochę zielonego miąższu i ugotować z niego “kompot” na plaży, kłócąc się, przekomarzając i wymieniając sarkastyczne uwagi. A jednak film przez półtorej godziny dostarcza świetnej zabawy.
Nie ma sensu szukać w tym filmie inspiracji Ginsbergiem, Kerouakiem i im podobnymi, w końcu pełno ich tam, gdzie się jeździ vanem i zażywa substancje. Pewnie nie dowiadujemy się z niego wiele o ludziach i nie zyskujemy tematów do długich dyskusji. A jednak to miła rozrywka, a m.in. dzięki zakończeniu, nie pozostawiająca też wrażenia zmarnowanego czasu. Polecam na trzeźwo :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz