Co z tego ocalało w Kuro? Na pewno klimat, trochę absurdalny, trochę teatralny i...w zasadzie to wszystko.
Trochę tu filmu drogi, trochę Nieustających wakacji Jarmuscha a trochę Godarda, Felliniego czy Jazdy Svěráka
Aktorzy mieli potencjał, ale zagrali tak jak im napisano w scenariuszu. A ten pozostawia wiele do życzenia. Czemu nie postawiono więc na improwizację, jak we wspomnianej Jeździe?
Po filmie odbyło się spotkanie z reżyserem Daisuke Shimote, który próbował objaśniać o co chodziło w "jego eksperymentalnym filmie".
Tłumaczył, że każda scena filmu kręcona była z jednego ujęcia i że nie było dubli. Za każdym razem, kiedy jedna z postaci znika z kadru, następuje przemiana jednego z trójki bohaterów. Nie przekonało mnie to.
Podobno film pełen był nawiązań. Publiczność bezbłędnie rozpoznała tylko scenę gry w tenisa bez rakiet i piłki z Powiększenia a wszyscy chórem podpowiedzieli tłumaczce: "Blow-up", kiedy nie wiedziała jak przetłumaczyć tytuł filmu :) Niestety autor powiedział tylko, że u niego znaczy ona zupełnie co innego niż u Antonioniego. Co znaczyła w jego filmie, już niestety nie zdradził.
Oprócz tego polski smaczek - reżyser inspirował się m.in. poezją Wisławy Szymborskiej(!)
Tak czy owak film powinien bronić się sam, a nie dość, że się nie obronił, to i reżyser niewiele tu pomógł.
A może zginęło w tłumaczeniu? ;)
Na osłodę - dobre zdjęcia, krajobrazy miejskie, górskie i nadmorskie oraz muzyka ska.
Na pocieszenie - film brał udział w konkursie 1-2, czekam więc na następne filmy Daisuke Shimote :)
ocena: taki sobie+


Ja to chyba jestem strasznym tradycjonalistą. W kinie najlepiej lubię dobrze opowiedziane historie. Jak historii nie ma, tracę ochotę na oglądanie. Dzięki za recenzję, coś mi się zdaje, że podobnie bym ten film ocenił, gdybym go widział :)
OdpowiedzUsuń